Aktualności
Czytając Wrońskiego, czuję szacun
- Details
- Category: Recenzje ::
- Published Date, Marcin Wroński
– pisze Kazimierz B. Malinowski w listopadowej „Lampie”.
Wroński jest uwiedziony Lublinem, ja mu się tam nie dziwię, miejscówka jest szczególna, ma czar i szarm. To, z jakim pietyzmem dla ducha czasu odtworzył lokacje, obyczaj, instytucje, imponuje, wprost zanurkował mózgiem na głębokość 78 lat i wyłowił, co wydawałoby się już bezpowrotnie rozsnute w temporalnej czarnej dziurze [...] mamy postacie tak ulepione, że bez problemów wchodzimy z nimi w empatyczny kontakt, i już za sprawą tych awatarów jesteśmy tam, gdzie dziećmi byli nasi rodzice.
Nie ukrywam, to dla mnie osobiście ważna i miła recenzja. Nie tylko dlatego, że wyszła spod pióra krajana, zwanego kiedyś lubelskim sentymentalistą i nie Kazimierzem Bolesławem, lecz Kazikiem po prostu. W passusie poświęconym Kinie „Venus” nadmienia zresztą:
A dzieje się to w „nowej dzielnicy Dziesiąta, gdzie różni frajerzy z miasta stawiali sobie wille”. Jednym z tych frajerów był mój dziadek po mieczu. Wtedy były to suburbia (ul. Zemborzycka), i nawet kiedy dorastałem, z kozami i kurami na podwórkach. Pochłonęło je miasto, zacisnęła się pętla infrastruktury. [...] Wieloaspektowa tematyczna erudycja pozwoliła mu [Wrońskiemu] na zmontowanie sugestywnej iluzji. Coś takiego czułem, oglądając pierwszą część Vabanku Machulskiego. Poszedłem nań do kina Robotnik, dawniej Venus.



